RSS
 

Klatka schodowa – (nie)najlepsze miejsce na spotkania

05 mar

Nie wiem komu mam za to dziękować, ale od kilku dni walczę z paskudnym przeziębieniem. Nie wiem czy jest to efekt pogody, klimatyzacji, czy raczej tego, że kolega siedzący ze mną biurko w biurko, zanim poszedł na zwolnienie wypluwał płuca przez dobry tydzień.

Ale nic, mówi się trudno i żyje się dalej. Przeleżany w łóżku weekend pozwolił mi zaobserwować ciekawy zwyczaj moich sąsiadów. Ciekawy, to delikatne słowo, bo w dłuższym przedziale czasu jest on po prostu irytujący. Nie ma to bowiem, jak wystawać ze znajomymi na korytarzu przed drzwiami do mieszkania. Wiem, „mój dom, jest moim zamkiem”, jednak żeby nie wpuszczać do mieszkania osób, które znamy to dość żenujące.

I tak oto zebranie „kółka wzajemnej adoracji” zaczęło się już o poranku. Gdyby nie Sorbet i jego szczekanie pod drzwiami wejściowymi pewnie nawet nie zwróciłabym na to uwagi, tak jednak, biedak na bieżąco informował mnie o tym, że ktoś się kręci, a on nie wie co się dziej. Zerknęłam zatem na korytarz i zobaczyłam, że kilka osób dzwoni do drzwi sąsiada. Normalna rzecz, poklepałam Sorbeta po plecach, i poszłam się położyć. Po kilku minutach, znowu zaczął szczekać. Ból głowy spowodował, że miała niską tolerancję na hałas, w tym szczekanie, więc znów poczłapałam do drzwi. Towarzystwo stało dalej, powiększyło się tylko o jedną z latorośli moich sąsiadów. „Skoro wszyscy są w kurtkach, to pewnie zaraz sobie pójdą” – przemknęło mi przez myśl. Zgarnęłam Sorbeta za fałdki i razem z nim wróciłam do sypialni. Żeby odizolować go bardziej od korytarza zamknęłam drzwi od pokoju. Wślizgnęłam się pod kołdrę i już prawie udało mi się zasnąć, kiedy poczułam że mnie szturcha łapą w bok. „No czego chcesz tym razem. Masz pełną miskę, byłeś na dworze, pani chce spać. Spadaj. Coś się uwziął” – wyrzuciłam zachrypniętym głosem i nakryłam się po same uszy. Nie chciałam po dobroci, no to zaczął szczekać. „Rewelacja. Dobraw wstaje”. Tak niestety już ma, jeżeli według niego coś jest nie tak, to zrobi wszystko, żeby o tym poinformować. Wstałam, narzuciłam na siebie sweter i poszłam sprawdzić co znowu się dzieje. Oczywiście od razu podbiegł do drzwi. Spojrzałam przez wizjer, a tam ciągle ten sam obraz. Grupka osób, w tym jedna wygodnie oparta o drzwi od mojego mieszkania. „A to o to ci chodziło. Dobry piesek”. Założyłam na siebie szybko parę jeansów i bluzę z kapturem, a kaptur na głowę – w takim stanie im mniej widać tym lepiej, a na nogi wciągnęłam buty. Szybkim ruchem otworzyłam drzwi. Nieznany mi bliżej osobnik prawie wylądował w moim przedpokoju. Wyraz jego twarzy – bezcenny. Sorbet stanął obok mnie – mimo, że jest młody, to jak chce potrafi przyjąć groźną pozę. „Słuchajcie, jak chcecie sobie pogadać to albo zabierz znajomych do mieszkania, albo idźcie gdzieś. Pomijam to, że stercząc tu jak kołki drażnicie mi psa, ale przegięliście już tym, że z moich drzwi robicie sobie podpórkę. Mam dzisiaj niską tolerancję na cokolwiek, a na wasz to już w ogóle” – i zamknęłam drzwi. „No to ładnie, wyszłam na ostatnią wiedźmę, ale mam do w głębokim poważaniu”. Tymczasem oni trochę poszurali, i wyszli. „Łóżeczko witaj ponownie”.

Jeszcze nie tak dawno sama byłam w ich wieku, ale nigdy nie przyszło mi na myśl, żeby wysiadywać z kimkolwiek na klatce schodowej. Po to miałam swój pokój, żeby tam przyjmować gości kiedy była paskudna pogoda i nie chciało się wystawić nosa za drzwi, albo wychodziło się gdzieś, gdzie można było spokojnie posiedzieć i pogadać. Za takie wystawanie na klatce schodowej w domu czekałaby na mnie niezła bura, ale jak widać co dom to inne wychowanie.

 
Komentarze (45)

Napisane w kategorii Przemyślenia

 

Abonamentowa zmora

03 mar

Po raz kolejny w sieci pojawiła się dyskusja na temat abonamentu rtv. Tym razem dyskusję wywołał list otwarty, jakie został skierowany do najważniejszych osób w państwie oraz KRRiT. Czytając o tym jak bardzo „niemoralne” jest to, że abonament płaci w Polsce tak niewiele osób w mojej kieszeni otwiera się przysłowiowy nóż.

Po pierwsze, na jakiej podstawie mam zgłaszać to, że kupiłam telewizor. Zupełnie tego nie rozumiem. Czy posiadanie telewizora jest w dzisiejszych czasach czymś wyjątkowym? Przecież wystarczy wejść do pierwszego sklepu z rtv czy też kliknąć parę razy na stronie sklepu internetowego by stać się posiadaczem rzeczonego wyżej urządzenia. Zgodnie z przepisami od chwili zakupu telewizora, jeżeli nie robiliśmy tego wcześniej, mamy 14 dni na jego zarejestrowanie. W tym celu powinniśmy udać się na najbliższą pocztę. Tam wydana zostanie nam książeczka, a my staniemy się pełnoprawnym użytkownikiem telewizora, czyli będziemy musieli opłacać abonament rtv. Na jednym z serwisów znalazłam bardzo ciekawe stwierdzenie: „Opłata abonamentowa daje bowiem prawo do korzystania z danego odbiornika rtv”. Nie wystarczy zatem, że zapłaciliście za urządzenie, bez rejestracji nie macie prawa z niego korzystać lub taka jak ja korzystacie z niego nielegalnie. Muszę przyznać, że jest to zdanie wyjęte rodem z jakiegoś ponurego żartu rodem z PRL czy ZSRR. Nie mam zamiaru poddawać się terrorowi.

Po drugie, telewizja nie oferuje dla mnie jako odbiorcy nic godnego uwagi, mam tu na uwadze głównie telewizję państwową. Jakiś czas temu zrezygnowałam z dostępu do kablówki i bardzo to sobie chwalę. A dlaczego zdecydowałam się na taki krok? Złapałam się na tym, że ze wszystkich oferowanych w pakiecie kanałów oglądałam dwa lub trzy. I to bardzo rzadko. Informacji szukam w Internecie, jeżeli mam ochotę obejrzeć film – włączam płytę, a jak mam ochotę na serial – oglądam go online. Nie muszę czekać aż jakaś stacja zdecyduje się go zakupić, przetłumaczyć, a na końcu wyemitować o dziwnej porze. A jak wiadomo z tym bywa najgorzej. Nie dość, że zwykle kiedy w innych krajach można już obejrzeć np. 3. sezon, u nas dopiero pojawia się pierwszy. Szkoda gadać.

Po trzecie argumentacja osób zainteresowanych. Jeżeli podaje się powody dla których abonament powinien być opłacany na pierwsze miejsce wysuwa się misyjny charakter telewizji, możliwość dofinansowywania produkcji filmowych, teatru telewizji itp. Misyjnego jej charakteru zupełnie nie czuję. Nie wiem czy misja schowała się gdzieś między jednym a drugim programem oferującym rozrywkę delikatnie mówiąc marnej i miałkiej jakości. A może kryje się w kolejnym odcinku serialu, w którym reklama produktów zaczęła być ważniejsza od tego co mają do powiedzenia główni bohaterowie, posługujący się językiem tak sztucznym jak piersi niejakiej Pameli. Misja od czasu do czasu próbuje wyjrzeć z programu publicystycznego, ale szybko zostaje przyklepana łopatą, bo jak tu mówić o poważnych sprawach gdy w uszach dźwięczą słowa o „efekcie zająca”. Bogata w filmy ramówka też nie zachęca, bo o ile film był hitem w 2000 r. to nie koniecznie jest nim w roku 2012, a już na pewno nie wtedy, kiedy pokazywany jest już przynajmniej po raz 15 w jednym roku. Jak widać, dla mnie więcej misji i rozrywki oferują reklamy emitowane między programami czy filmami, przynajmniej można się z nich dowiedzieć, że jogurt jest zdrowy, a po posiłkach należy myć zęby. Jedyną instytucją, jaką moim zdaniem warto wspierać jest teatr telewizji. Z sentymentem wspominam wieczory zasiadałam z moimi rodzicami i bratem, by obejrzeć kolejne przedstawienie. Jednak to ciągle za mało, aby zdecydować się na jego płacenie.

Osoby powołujące się na przykład brytyjski, gdzie ponad 90% osób płaci abonament, same wbijają sobie gwoździe do trumny. Bo nie ubliżając nikomu porównywanie brytyjskiej telewizji z naszą, jest jak porównanie śledzia z rekinem, i to ryba i to ryba, tylko klasa już nie ta sama.

Zamiast zatem wymyślać kolejne sposoby na to, jak dobrać się do mojej kieszeni, może niech jeden z drugim zastanowi się, dlaczego istnieje taki duży sprzeciw wobec płacenia abonamentu. Może najpierw warto zaoferować odbiorcą coś wartościowego mówiąc, „zobaczcie co fajnego zrobiliśmy, jeżeli nam pomożecie będzie tego o wiele więcej”, a nie tak jak jest teraz „zapłaćcie, ale nie pytajcie na co idą wasze pieniądze”.

 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii Przemyślenia

 

To nie zwykła praca, ale powołanie

02 mar

Kończąc szkołę podstawową byłam pewna, że w przyszłości zostanę weterynarzem. Wybrałam liceum z klasą o profilu biologiczno-chemicznym i zaczęłam przygotowywać się do przyszłego zawodu. Gdzieś pod drodze moje plany uległy zmianie, zamiast weterynarii wybrałam prawo – podziękowania należą się mojemu profesorowi historii. Zwierzęta jednak nadal zajmowały i zajmują w moim życiu jedno z najważniejszych miejsc.

Dlaczego o tym piszę? W ostatnim czasie miałam przyjemność prawdziwą lub wątpliwą spotkać kilku weterynarzy. Powodem tych spotkań był oczywiście Sorbet.

Sorbet jako Shar-Pei wymaga szczególnej uwagi, mogą mu grozić problemy ze skórą, a przede wszystkim z oczami. I to oczy w jego przypadku okazały się najbardziej problematyczne. Kiedy pojawił się w naszym domu miał oczy wielkości spodków. Duże, brązowe, widać w nich dokładnie co w danej chwili ma na myśli. Czy jest szczęśliwy, smutny czy może ma ochotę na coś dobrego. W przeciwieństwie do części swojego rodzeństwa nie miał robionej korekty powiek i nic nie zapowiadało przyszłych problemów. Podczas wzrostu zmieniły mu się jednak proporcje ciała i skóra zaczęła mu ciążyć, a powieki wywijać się i drażnić rogówkę. Początkowo pomagały przepisane przez lekarza krople. Zaczął znów normalnie otwierać oczy. Niestety poprawa okazała się tylko tymczasowa. Po intensywnym zakraplaniu oczu, na jego rogówkach pojawiły się brzydko wyglądające blizny, nie chciał też w ogóle otwierać powiek, nawet wtedy kiedy wychodził na spacer. Zauważyłam, że idąc obok mnie, stawia łapy tak, aby wyczuć co ma przed sobą, uderzył też kilka razy o drzwi czy ścianę. Nasz weterynarz powiedział nam, że niestety niewiele może nam pomóc, ale poradził nam lekarza, który specjalizuje się w „psiej okulistyce”. Umówiłam nas na wizytę, a w międzyczasie sama poszperałam w książkach, Internecie, zadzwoniłam też do starego znajomego, u którego miałam praktykować po studiach. Zalecił w pierwszej kolejności zmniejszenie dawki kropli oraz częstotliwość ich aplikacji. Po kilku dniach zauważyłam wyraźną poprawę. Oczka zaczęły się goić, chętniej też je otwierał. Przyszedł czas na wizytę u nowego weterynarza. Siedząc w poczekalni minęła nas suczka Shar-Pei, świeżo po zabiegu korekty powiek. Z wyglądu przypominała bardzie doga boksera niż Shar-Peia, pomyślałam, że nigdy nie skrzywdzę tak mojego Sorbeta. Przyszła kolej na nas. Pan doktor tradycyjnie wkropił mu do oczu porcję leków znieczulających i rozpoczął badanie. Nie usłyszałam od niego nic, czego bym już sama nie wiedziała. Zdziwiło mnie tylko jedno, usilne staranie do nakłonienia mnie do przeprowadzenia korekty powiek. Po krótkim wykładzie na temat tego jak jest zbudowane psie oko, i na czym polega problem, powiedział, że konieczne jest zrobienie badań krwi – potrzebne do narkozy – a pierwszy wolny termin to piątek. Jak od razu pojadę do swojego weterynarza je zrobić, to spokojnie zdążę, przed zabiegiem. Oczywiście taki zabieg kosztuje. Dwoje oczu, cztery powieki – 1500 zł. Rozumiem, ale Sorbet ma dopiero 6 miesięcy, cały czas rośnie – próbowałam się dowiedzieć czegoś więcej. Tak oczywiście, w tym wypadku, najprawdopodobniej potrzebny będzie później kolejny zabieg – usłyszałam w odpowiedzi. A w głowie usłyszałam, dźwięk wpływających na jego konto pieniędzy. Po 5 minutach wyszłam z gabinetu uboższa o 100 zł, a w ręce trzymałam receptę na krople, które miały pomóc złagodzić tymczasowo dolegliwości. Moje próby wytłumaczenia, że z jego oczami jest już lepiej, i zabieg może okazać się niepotrzebny spaliły na panewce. Wiedziałam, że z tym panem, już nigdy się nie spotkam. W aptece wykupiłam lek. Ponieważ miałam urlop, mogłam się poświęcić całkowicie opiece nad Sorbetem. Kropiłam i wycierałam mu łzawiące oczy kilka razy w ciągu dnia. A on dzielnie znosił te moje zabiegi, cierpliwie siedząc przede mną i czekając aż z nim skończę. Otwierał oczy, które z każdym dniem, zaczęły wyglądać lepiej. Poprawiło mu się samopoczucie. Do tej pory osowiały i skołowany tym co się dzieje, zaczął chętnie wychodzić na spacer. Wiedziałam, że widzi i to było dla mnie najważniejsze. Po tygodniu intensywnej terapii, odwiedziliśmy naszego weterynarza. Zdziwił się, że jego oczy wyglądają tak dobrze. Zapytał oczywiście czy byliśmy u „okulisty”. Powiedziała, że tak  i że Sorbet został zakwalifikowany do natychmiastowego zabiegu. Nasz pan doktor zdziwił się, gdy to usłyszał. Oboje doszliśmy do wniosku, że w tej chwili nie ma do tego żadnej podstawy i że z czasem oczy wygoją się całkowicie. Od tamtej chwili minęły już trzy miesiące. Sorbet patrzy na mnie swoimi wielkim ślepiami, a ja wiem, że podjęłam wtedy najlepszą z możliwych decyzji.

Jak mówi mój znajomy weterynarz, u pacjenta liczy się nawet to, jaki ma wyraz pyska kiedy do niego przychodzi, czy jest smutny, czy wesoły. Sam nie powie co mu dolega, gdzie go boli, czy uwiera – trzeba spróbować to odkryć, a uważna obserwacja tylko nam w tym pomaga. Właściciel zna swojego pupila najlepiej i powinien słuchać swojej intuicji, a nie tylko ślepo wierzyć w to co mówi mu weterynarz, oni też bywają omyli, a niektórzy zdążyli już zapomnieć, że to nie jest zwykła praca, ale powołanie.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Ja i Sorbet

 

Dzień jak co dzień

01 mar

Czasami nie chce mi się wystawić nosa za drzwi, nie wspominając już o tym, że aby dojść do drzwi trzeba najpierw wstać z łóżka. Jeszcze nie tak dawno temu po prostu przekręciłabym się na drugi bok i spała dalej. Udając, że nie słyszę dzwoniącego co 5 minut budzika. Ale tak było kiedyś, zanim pojawił się Sorbet.

Sorbet bowiem działa o wiele skuteczniej niż jakikolwiek znany mi budzik. Niech się schowają modele uciekające, lub te, które przestaną działać kiedy rzucimy nimi o ścianę. Zimny nos na policzku, prychnięcie, po którym trzeba ścierać ślinę z połowy twarzy, a jeżeli to nie pomaga w grę wchodzi najpierw lekkie trącanie łapą, a później już zdeptanie mnie na całego. Jednym słowem nie mam wyjścia muszę wstać. Dlaczego po prostu nie zamknę mu drzwi od pokoju przed nosem? Próbowałam, ale wtedy najpierw zaczyna się pod nimi kręcić popiskując, a później znosi pod nie różne rzeczy, upuszczając każdą z teatralnym gestem. Dźwięk upuszczanej na drewnianą podłogę skórzanej kości, o godzinie 6:00 – bezcenne.

Zatem w takie dnia jak np. dzisiaj kiedy za oknem mgła, a z nieba pada coś mokrego i bliżej nieokreślonego, podnoszę się z łóżka z miną skazańca, powtarzając sobie w myśli kocham mojego psa, kocham mojego psa, cieszę się, że ze mną jest… I kiedy spojrzę w te jego brązowe oczy wpatrzone we mnie jak w obrazek, poczochram jego fałdki, a on obetrze się o moje nogi machając ogonem wiem, że warto. Bo przecież to mój mały czworonożny przyjaciel i jednocześnie obrońca. Wciągam na siebie spodnie od dresu, kalosze – pełnym odciskiem jego zębów, kurtkę a na głowę czapkę z daszkiem, żeby ukryć pod nią włosy wyglądające po nocy jak stóg siana. Tak uzbrojona, upinam Sorbetowi szeleczki, przypinam smycz i wychodzimy na poranną rundę dookoła budynku. Po  30 minutach dokładnego wyniuchania każdego centymetra kwadratowego trawnika wracamy do domu. Ja zamykam się w łazience i wreszcie mam czas dla siebie. Kiedy z niej wychodzę, mój mały towarzysz nie opuszcza mnie nawet na krok. Oderwać go ode mnie może dopiero miska pełna karmy i kilka orzechów. Tak właśnie, orzechów. Jak się okazało młody jest ich wielkim fanem. Lubi też jabłka, ale z orzechy mam zawsze pod ręką więc jak na razie to one służą mi jako nagrody dla niego. Wędrujemy zatem do kuchni. Robię dla siebie śniadanie, Sorbet dostaje miskę łososiowej karmy, idę do pokoju i cieszę się ostatnimi chwilami w domu przed wyjściem do pracy. Przed wyjściem szybka kontrola, bilet, karta do bankomatu – jest, komórka i iPod – są, pełna miska wody dla Sorbeta – jest, klucze są w zamku, książka w ręce, zatem mogę wychodzić. Jak zawsze przy bramie przypomina mi się, że miałam wyrzucić śmieci. Trudno, nie będę się już po nie wracać.

Jak zawsze, wychodzę 10 minut przed czasem, idę na pętle i wsiadam do jeszcze pustego autobusu. Zajmuję to same miejsce, otwieram książkę i przez następne 25 minut, nie zamierzam oderwać oczu oderwać oczu od zapisanych stron. Po tym, że większość osób zaczyna wstawać ze swoich miejsc, orientuję się, że zaraz pora wysiadać. Chowam więc książkę do torby, wychodzę z autobusu i idę się przesiąść na tramwaj. W tramwaju, znów zajmuję mniej więcej to samo miejsce co zwykle, otwieram książkę i spokojnie jadę aż do pętli, która znajduje się tuż obok mojego biurowca. Tak od po 40 minutach jazdy i krótkim spacerze siadam znów przy moim biurku. Włączam komputer, robię sobie zieloną herbatę i wyglądam przez okno. Chwila wyciszenia, zanim zjawi się mój szef i trzeba będzie przejść do codziennych obowiązków. Wcześniej jeszcze zamienię kilka słów z koleżanką na temat książki, filmu lub jednej z kinowych gwiazd i każda z nas zniknie w swoim pokoju. I tak chwilę po 8 rano, otwieram kalendarz i zaczynam odhaczać poszczególne, zaplanowane dzień wcześniej zadania. Umowy, faktury, koleje spotkania. W międzyczasie telefony, maile, SMS-y. Mijają godziny, spoglądam na zegarek, a tam dopiero 12, do lunchu jeszcze godzina. Ale już na Skype zaczyna dyskusja, to gdzie idziemy dzisiaj. Może pizza? Może sushi? A może bar w biurowcu obok, a potem kawa i ciasto? Po prostu wyjdźmy, zobaczymy co dzisiaj jest w menu, jak nic nam nie podpasuje to coś zamówimy? Ok. Niech będzie. Ostatecznie napijemy się tylko kawy. Wiosna idzie więc trzeba się za siebie wziąć. Najważniejsze jest jednak to, że w ciągu dnia udaje nam się znaleźć luźniejszą godzinę i wyjść. Tak jak np. dzisiaj jest szansa, że wyjdziemy całym działem. A po lunchu, powrót do biurka, kolejne spotkanie i kolejne spędzone w biurze godziny. Oby dzisiaj udało mi się wyjść w miarę wcześnie. Bo mam zamiar wyprowadzić Sorbeta na obowiązkowy wieczorny spacer – jest mokro więc za daleko nie będzie chciał iść, taki ma zwyczaj – wilgoci nie lubi tak samo jak koty, a później zagłębić się w lekturze. Podczas ostatniej wizyty w księgarni wpadła mi w ręce książka o Januszu Korczaku. Ponieważ rok 2012 ogłoszony został rokiem Janusza Korczaka właśnie, to dobry moment na to aby poznać bliżej jego życie i twórczość. A tymczasem pora wychodzić coś  zjeść, tym razem wygrała opcja pizzy.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Dzień z życia kobiety

 

Zastępstwo czyli szkoła życia

22 lut

Z doświadczenia wiem, że najgorszą rzeczą, jaka może nam się przytrafić w pracy jest przejmowanie obowiązków po innej osobie. Wydaje nam się, że już wszystko wiemy, a tu nagle z szafy wychodzi przysłowiowy trup w niej schowany, lub coś wyskakuje jak królik z kapelusza.

Jak wiadomo mój bałagan to tzw. bałagan twórczy, nie ważne czy znajduje się na biurku, w szafkach czy na pulpicie komputera. Poruszam się w nim sprawnie i zawsze wiem, w którym miejscu znajdę potrzebne rzeczy czy informacje. Na własnym terytorium poruszamy się sprawnie, polujemy niczym najdoskonalszy leśny myśliwy, a tu nagle przychodzi nam zmierzyć się z nieznanym. Zaczyna się już podczas podziału obowiązków. Jeżeli orientujemy się w tym, co dana osoba robiła, i mniej więcej wiemy czego unikać, wówczas już zawczasu wybieramy to czym chcemy się zająć. Z reguły wybieramy rzeczy w domyśle łatwiejsze do zrealizowania lub takie, które są już na ukończeniu. Następnie spotykamy się z naszym poprzednikiem, jeżeli oczywiście mamy taką możliwość. Dwa na trzy razy miałam taką możliwość. I nie wiem do końca czy bardzo mi to pomogło.

Za pierwszym razem zapoznałam się z nową listą zadań do wykonania i uzbrojona w listę pytań poszłam do mojej poprzedniczki. Odpowiedzi były raczej krótkie, „Tak”, „Nie”, „tutaj masz listę kontaktów”, „trzeba zadzwonić do tej czy innej osoby”, „tu są dokumenty”, „to wysłałam, a to ma do nas przyjść”, „lista terminów jest w pliku”. Wszystko fajnie, ucieszyłam się że nie ma tego dużo. Problemy zaczęły się już następnego dnia. Informatycy podłączyli mi jej skrzynkę mailową, kiedy ją otworzyłam tylko jęknęłam. Podczas ostatnich dwóch tygodni przyszło ponad 500 mail, żaden nie został przez nią przeczytany, a co gorsze, nikt nie dostał na swoją wiadomość odpowiedzi. „No dobra, trzeba się za to wziąć i jak najszybciej mieć to za sobą”. Po przejrzeniu pierwszych 50 zorientowałam się, że nie mam pojęcia kim są te osoby, nie figurowali w żadnych przekazanych materiałach, a domagali się przesunięcia terminów dostarczenia do wydawnictwa maszynopisów, pytali kiedy dostaną teksty do korekty, a tymczasem, żaden tekst od nich nie wpłynął lub co gorsza, nie został przekazany dalej przez moją poprzedniczkę, jak tam sprzedaż ich książki, kiedy dostaną swoje autorskie egzemplarze, czy dostaną ich więcej jak im obiecała, czy honoraria zostały już wypłacone, czy umowa, którą odesłali już dotarła, albo co z ich uwagami do umowy, bo w takiej formie to jej nie podpiszą, itd. 500 mail samych skarg, zażaleń albo pytań, na które nie znałam jeszcze odpowiedzi. Podstawowa zasada nie wpadać w panikę. Zatem po rzuceniu kilku niecenzuralnych słów, zaparzeniu kubka zielonej herbaty – gdybym paliła pewnie poszłoby z pół paczki, podwinęłam rękawy i wzięłam byka za rogi. Idąc po kolei, od najstarszej do najnowszej wiadomości, zadzwoniłam do każdej ze zniecierpliwionych osób. Wybierałam numer po numerze, a schemat mniej więcej zawsze był ten sam. Nazywam się, dzwonię z… – komentarz z drugiej strony, że próbuje się skontaktować z panią X od jakiegoś czasu i nic, co się dzieje?tak wiem, przepraszam, pani X jest w ciąży, przejmę jej obowiązki podczas jej nieobecnościtak?, to proszę jej ode mnie pogratulować, teraz wszystko rozumiem – następowała zmiana tonu – czy może mi pan/pani powiedzieć coś więcej o wcześniejszych ustaleniach, niestety nie mogę odnaleźć korespondencji lub w tym okresie sprzedało się tyle lub tyle egzemplarzy lub oczywiście zostały wysłane – nie miałam pojęcia czy tak, ale zawsze lepiej wysłać je za chwilę jeszcze raz niż usłyszeć, że miały dotrzeć dwa tygodnie temu. Najciekawsza okazała się rozmowa z autorką, której moja poprzedniczka powiedziała, że jej książka ukaże się za dwa miesiące. Wszystko super, ale gdzie jest tekst. W redakcji nikt o nim nie słyszał, w poczcie nie było po nim śladu. Dzwonię do niej jeszcze raz i pytam, w jaki sposób do nas dotarł, bo mamy problem z ilustracjami i czy może go przesłać ponownieTak oczywiście, prześlę go kurierem na płycie tak jak poprzednio. Płyta, płyta, płyta, szukaj płyty – tylko to przeszło mi przez myśl. Dziękuję za wiadomość. Po przekopaniu kilku warstw papierów i dwóch szafek znalazłam zaginiony tekst. Ufff, teraz pędem do redakcji i niech coś z tym szybko zrobią.

Mniej więcej przez pierwszy tydzień nie wiedziałam jak się nazywam, odgrzebywanie wszystkich spraw, znajdowanie potrzebnych informacji, łagodzenie wojowniczych nastrojów moich rozmówców, to dla mnie był prawdziwy chrzest bojowy. Udało mi się przetrwać. Z perspektywy czasu wiem, że było to cenne doświadczenie. Z jednej strony nauczyło mnie, szybkiego reagowania oraz radzenia sobie ze stresem, a z drugiej tego, że należy zawsze mieć porządek w swoich dokumentach, bo nie wiadomo co się może w nich schować. Następnym razem wiedziałam już czego się spodziewać. Za trzecim, doszłam do wniosku, że to czy przejmuje sprawy po kimś z kim mogłam je wcześniej omówić czy też nie, nie ma zupełnie żadnego znaczenia. W teorii to pierwsze rozwiązanie powinno być łatwiejsze. W praktyce jednak okazuje się, że i tak do wszystkiego trzeba dojść samemu, a grunt to zachować spokój i zacząć dostrzegać światełko na końcu tunelu.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Przemyślenia

 

Miłość…jakie to proste!?

21 lut

Jakie to jest proste. Dziewczyna spotyka chłopaka lub chłopak dziewczynę. Zaczynają ze sobą rozmawiać, poznawać się lepiej. Okazuje się, że śmieszą ich te same dowcipy, podobają się te same filmy, czytają podobne książki. Nawet jeśli się ze sobą nie zgadzają, to prowadzą dyskusje, próbując się wzajemnie przekonać. Najpierw nieśmiało, ale zaczynają patrzeć na siebie w inny sposób, w ich oczach pojawia się uczucie, tęsknota, kiedy muszą się rozstać i radość, kiedy znów mogą być razem. Nagle okazuje się, że czas spędzony oddzielnie przestaje mieć jakąkolwiek wartość, chcą być stale razem. Pewnego dnia on bierze ją za rękę i oboje wiedzą, że od tej chwili już zawsze będą razem. Proste, prawda?

Z dzieciństwa pamiętam historie opowiadane mi przez moją babcie. Kiedy siedziałam z nią przy dużym, drewnianym kuchennym stole, a ona wtajemniczała mnie we własne życie. Urodzona w 1922 r. wychowywała się w małym miasteczku, które po 1918 r. wróciło do Polski. Miała trzy siostry i dwóch braci, a jej rodzice robili wszystko aby były szczęśliwe, mimo, że od najmłodszych lat musiały pomagać w prowadzeniu gospodarstwa. W 1938 r. babcia poznała Janka, chłopaka mieszkającego, w pobliskim miasteczku. W tym dniu nie wiedziała, że spędzą ze sobą ponad 50. lat. Ale jak wiadomo, w życiu nie wszystko dzieje się tak, jakbyśmy tego chcieli. Moi pradziadkowie nie chcieli zgodzić się na ślub, babcia była zbyt młoda. Ustalono, że poczekają jeszcze jeden rok – ślub mieli wziąć na jesieni 1939 r. Przyszło im czekać o wiele dłużej.

We wrześniu 1939 r. wybuchła II Wojna Światowa, a ich życie zmieniło się na zawsze. Dziadek, został wcielony do wojska już latem, walczył z oddziałami niemieckimi i trafił do niewoli. Nie wrócił już nigdy do swojego rodzinnego domu, z obozu jenieckiego został wywieziony na roboty, miał szczęście trafił na wieś, do jednej z niemieckich rodzin, w centrum Rzeszy. Krótko po tym cała rodzina mojej babci została wysiedlona, by zrobić miejsce rodziną niemieckim, sprawdzanych z Rzeczy, które miały zasiedlić zdobyte terytoria. Moich pradziadków, babcię oraz jej rodzeństwo zapakowana do wagonu i wywieziona w głąb Niemiec. Miejsce, do którego dotarli otaczały torfowiska. Wilgoć w powietrzu, mleczna mgła, w tym otoczeniu mieli spędzić wszystkie lata wojny. Wszyscy, z wyjątkiem najmłodszego brata babci. Miał wtedy 5 lat, ciężko zachorował, został tam na zawsze. Jedną z rodzinnych pamiątek, jest zdjęcie całej rodziny, na kilka dni po przyjeździe, ostatnie, na którym byli wszyscy razem.

Babcia została skierowana do pracy w jednym z pobliskich gospodarstw. W miasteczku spotkała dziadka. Widziała go pierwszy raz od kilku miesięcy, ale wiedziała, że to on. Mieszkał niedaleko, i czasami udawało im się spotkać. Tak przetrwali wojnę. Ślub wzięli jeszcze w Niemczech, a później wyjechali na tzw. Ziemie Odzyskane. Tam przyszła na świat, najpierw moja ciocia, a później mama. Dziadek zmarł, kiedy miałam kilka lat, ale babcia często mi opowiadało o ich losach, przez co stawał mi się bliski. To, że przetrwali, stanowiło dla mnie najlepszy dowód na to, że w życiu mimo trudów i niebezpieczeństw, czekają też na nas dobre chwile, przy boku ukochanej osoby.

Miłość to piękne uczucie, uskrzydla, dodaje sił w trudnych chwilach, sprawia, że idziemy przez życie z podniesioną głową, wiedząc, że przy naszym boku jest ktoś kto nas wspiera. Wierzę, że tak jak babcia i dziadek,  jak moi rodzice, tak samo ja i mój narzeczony stworzymy szczęśliwy dom i przez wszystkie lata będziemy żyli razem, a nigdy obok siebie.

Ile par przed nami, ile par, które spotka się, kiedy nas już nie będzie na tym świecie, pewnego dnia spojrzy w oczy nieznajomego/nieznajomej, by wyczytać w nich nieme pytanie, prośbę i obietnicę. Miłość to dar, to magia, której nie powinniśmy trwonić.

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Przemyślenia

 

Czym skorupka za młodu nasiąknie…

17 lut

Od kiedy pamiętam w moim domu rodzinnym zawsze otaczały mnie książki. Przed snem, moja babcia lub mama, czytały mi bajki – kwadratowe książeczki z serii Poczytaj mi mamo, towarzyszą mi do dziś, i zawsze przywołują tylko dobre wspomnienia. Nasz rodzinny, wieczorny rytuał. Kładę się do łóżka, mama siada obok mnie. Na kolanach trzyma poduszkę, już po chwili gramolę się w jej stronę i moja głowa spoczywa na poduszce. Mama wyciąga jedną z książeczek i zaczyna czytać. Głaszcze mnie po włosach, a ja zasypiam. Rano kiedy się budziłam książeczka leżała na szafce przy moim łóżku. Wiedziałam, że wieczorem znów zasnę wsłuchując się w jej głos.

Myślę sobie, że te wspomnienie powoduje, że czytanie jest jedną z moich największych przyjemności. A jak to się zaczęło? Według moich rodziców, od lokalnej gazety. Podobno już jako 3-latka zaczynałam dzień od przejrzenia wiadomości, tak właśnie sama nauczyłam się czytać. W rodzinnym albumie, mam zdjęcie jak siedzę przy stole, a przed sobą mam rozłożoną gazetę i studiuję ją z zaciętą miną. Później przyszła kolej na moje książeczki z bajkami, a na końcu na moją ukochaną wówczas bajkę, którą dosłownie katowałam wszystkich dookoła, czyli „Przygody Nieumiałka i jego przyjaciół”. Nikt nie był w stanie zrozumieć, co mnie tak w tej książeczce fascynuje, a ja tymczasem przez kilka miesięcy nie miałam dość przygód Umiałka i Nieumiałka, Śrubki i Kabelka – pozostałych bohaterów już nie pamiętam. Była tam chyba jeszcze pielęgniarka o imieniu Piguła. Ale mogę się mylić.

Czytałam wszystko co wpadło mi w ręce, najpierw bajki, które kupowali dla mnie rodzice, a kiedy poszłam do szkoły lektury – wszystkie bez wyjątku. Nie potrafiłam też przestać czytać, jeżeli książka stanowiła np. pierwszy tom z serii. Kiedy obowiązkowo przeczytałam „Anię z Zielonego Wzgórza” z rozpędu przeczytałam wszystkie pozostałe części. Zafascynował mnie jej świat, i po prostu nie mogłam się oderwać, chciałam wiedzieć jak potoczą się jej losy i czy będzie szczęśliwa. Inaczej, sama lektura miała dla mnie tyle uroku co lizanie cukierka przez papierek. Pamiętam zdziwienie na twarzy mojej nauczycielki, kiedy zapytana o jakiś fakt z jej życia, opowiedziałam jeszcze o tym jak to wydarzenie wpłynęło na jej późniejsze decyzje. Mnie do czytania nikt nie musiał zachęcać. Problemem było raczej oderwanie mnie od lektury i tak jest do dnia dzisiejszego. Mój brat, za każdym razem kiedy przechodził obok mojego pokoju, uchylał drzwi i mówił „Nie czytaj!”. Robi tak zresztą do dziś, za każdym razem kiedy spotykamy się w rodzinnym domu.

Podkradałam też książki z pokoju mojego brata. Dzięki temu, że różnica wieku między nami jest dość znacznie, jego biblioteczka stanowiła dla mnie ciekawe źródło informacji. To właśnie dzięki niemu po raz pierwszy wzięłam do ręki książki Alfreda Szklarskiego, które później mu podkradałam. Podkradałam mu też z półki komiksy o Kajku i Kokoszu – woje Mirmiła i ich przygody to było to. Wspomnienie nawet teraz wywołuje  uśmiech na mojej twarzy.

Kiedy książka, mnie wciągnęła zaszywałam się w swoim pokoju na tak długo, aż nie dotarłam do ostatniej strony. Po raz pierwszy zdarzyło mi się to chyba przy „W pustyni i w puszczy” Sienkiewicza. Wiem, że wiele osób za nią nie przepada, ale dla mnie w tamtym czasie to była jedna z najwspanialszych książek. Przeczytałam ją w niecałe 2 dni – odrywając się tylko wtedy, kiedy rodzice przypominali o posiłkach, a organizm o zmęczeniu. Dopiero kiedy dotarłam do ostatniej strony, a Staś i Nel szczęśliwie do swoich ojców, mogłam zająć się innymi sprawami.

Tak zostało mi do dnia dzisiejszego. Kiedy zamykam drzwi do pokoju z miską orzeszków, butelką wody i czekoladą, daję mojemu narzeczonemu jasny sygnał, że właśnie przeniosłam się do innego świata. Od jakiegoś czasu najchętniej przenoszę się do lat 30. i 40 XX w.  Do Rzeczy Hitlera i ZSRR Stalina. Jak wiadomo, to życie pisze najciekawsze scenariusze, a poznanie historii narodu z perspektywy osób pełniących władzę, jak i zwykłych obywateli, pozwala na lepsze zrozumienie tego co nimi kierowało przy podejmowaniu decyzji, które na zawsze zmieniły świat. Od czasu do czasu sięgam po coś o mniejszym ciężarze gatunkowy, ale do tej pory nie znalazłam autora, który stworzyłby coś takiego, co okazałoby się lepsze od rzeczywistych wydarzeń. Większość z nich bowiem, w swojej twórczości opiera się na faktach, podaniach, miejscach, które istnieją. A świat przez nich wymyślony często bywa pusty i pozbawiony „tego czegoś”. W ramach przerwy, przed kolejnym tomem biografii Hitlera, przeczytam historię dwojga ludzi, których przypadkowe spotkanie zmieniło życie nie tylko ich, ale także ich najbliższych. Miłości, która rozkwitła w oblężonym przez Niemców Leningradzie.

Nauczyłam się, że nie warto słuchać opinii innych, bo dla jednych książka, reklamowana jako bestseller mogła być życiowym wydarzeniem, najlepszą powieścią/kryminałek/romansem, itd. w historii, dla innych jedną wielką pomyłką. Kiedy zatem wybieram sobie kolejną lekturę, kieruję się jedynie wewnętrznym przeczuciem i opisem z okładki. I w 99% przypadków podejmuję właściwą decyzję. Książki mnie oczarowały, a ich magia przejęła nade mną kontrolę. Nie mam najmniejszego zamiaru z nią walczyć.

 
Komentarze (7)

Napisane w kategorii Książki, Przemyślenia

 

Spotkania ze znajomymi z przeszłości

16 lut

Jadąc autobusem, a może raczej próbując się przedostać przez zakorkowane ulice moje myśli mają wyjątkowo dużo czasu na to aby krążyć swobodnie. Dzisiaj np. przyszła mi na myśl moja koleżanka, z którą pracowałam przez kilka ostatnich lat. Siedziałyśmy w jednym pokoju, biurko w biurko, wspólne wyjścia na lunche, w weekendy kino albo sushi, czasami gorąca czekolada i sernik. Kiedy postanowiłam zrezygnować odejść i jak to się ładnie określa czasami w pracowniczych mailach „kontynuować karierę w innej firmie” obiecałyśmy sobie, że nadal będziemy się spotykać równie często, dzwonić do siebie jak dotychczas i mailować.

Przez jakiś czas było jak dawniej. W tygodniu, ustalałyśmy gdzie się spotykamy tym razem i spędzałyśmy na babskich plotkach kilka godzin. Mój narzeczony w tym czasie spotykał się z kolegami i wszyscy byli szczęśliwi. Z miesiąca na miesiąc było nam jednak coraz trudniej. Wspólne do tej pory sprawy przestały już być takie ważne. W starej firmie pojawili się nowi ludzie, których już nie dane było mi poznać, nowe sprawy, czy roszady na „stanowiskach władzy”. O ile świetnie orientowałam się w tym jaki kto jest i na kogo trzeba uważać – „czytajcie moja była szefowa i  jej poplecznicy, była asystentka i kilku innych życzliwych inaczej” to nowi ludzie i ich motywy stanowiły dla mnie zagadkę. Oczywiście tak jak o jej, tak samo rozmawiałyśmy o mojej nowej pracy. Ale inna branża, nowi dla niej ludzie, sytuacje, które śmieszą lub oburzają tylko tych, którzy brali w nich udział, to nie był najlepszy temat do poruszania. Jak wiadomo, dla chcącego nic trudnego, a praca to nie całe nasze życie, więc zawsze znalazłyśmy wspólny dla nas temat. Nasze ukochane książki – która z nas jaką książkę właśnie czyta czy przeczytała, jakiego odkryła autora. O tak, o książkach możemy rozmawiać godzinami, w pewnym stopniu to dzięki nim się spotkałyśmy. Jeszcze jako studentka, kierowana impulsem, wysłałam swoje cv do jednego z wydawnictw, i ku mojemu zaskoczeniu, zostałam zatrudniona tam jako asystentka wydawcy, a po roku sama nim zostałam. Miłe wspomnienia. Wyjazdy na targi, spotkania z autorami, czytanie manuskryptów, coś czego nigdy nie zapomnę. Może jeszcze kiedyś do tego powrócę, kto wie, co szykuje dla mnie los. Ale nie o tym miałam pisać.

Oprócz książek – kino, o niektórych aktorach, aktorkach też, możemy rozmawiać bez żadnych trudności, jesteśmy co do  nich zgodne. Inni wywołują w nasz mieszane lub sprzeczne uczucia. Nie można przecież we wszystkim się zgadzać nawet na najlepszą przyjaciółką, inaczej co to by była za przyjaźń. Zatem, po leniwym sobotnim śniadaniu na mieście, lub porcji sushi na lunch, wybierałyśmy się na seans, w zależności od nastroju mógł to być dramat, film wojenny czy odmóżdżająca i potrzebna w sytuacji kryzysowej komedia.

Nie obyło się też o opowiadaniu o tym co słychać u naszych wspólnych znajomych. Przy jednej z takich właśnie rozmów dotarło do mnie, jak bardzo już się zdążyłam od nich oddalić. Siedząc przy śniadaniu w pijalni czekolady, gdzieś między kolejnym kęsem bułki i łykiem czekolady właśnie, usłyszałam że nasza koleżanka właśnie rozwiodła się ze swoim mężem. Jedyne co wyrwało mi się z ust było „ale jak to?!”. Po kilku sekundach dotarło do mnie co powiedziałam, nie mogłam się powstrzymać i zaczęłam się śmiać sama z siebie, choć dobrze wiedziałam, że to nie jest na miejscu. Trudno mi było jednak uwierzyć w to co usłyszałam. Przyszło mi na myśl, tylko to, że przecież jeszcze nie tak dawno, pokazywała nam swoją córeczkę, opowiadało o jej pierwszym locie samolotem, o tym, że jej mąż spędza mniej czasu w domu bo pracuje i się uczy, a ona za nim tęskni. Tylko czy faktycznie było to nie tak dawno? Te wszystkie wspomnienia dotyczyły czasu, kiedy pracowałyśmy wszystkie razem, a od tamtej chwili minął już ponad rok. Jak wiele zatem się zmieniło. Dotarło też do mnie, że nie widziałam jej już od dłuższego czasu, więc skąd niby miałam o tym wszystkim wiedzieć. Życie, jak zawsze największa niespodzianka.

Spotkałyśmy się później jeszcze kilka razy. A dzisiaj siedząc w autobusie, zaczęłam się zastanawiać, kiedy widziałyśmy się ostatni raz. Październik – targi książki, listopad – targi książki, grudzień – Święta i Nowy Rok, styczeń – minął nawet sama nie wiem kiedy, luty – naszła mnie powyższa refleksja. No tak poza SMS-ami, mailami i telefonami, nie widziałyśmy się od 3 miesięcy. A przecież mieszkamy w jednym mieście.

Pora zatem wziąć się w garść i wysłać zaproszenie na spotkanie. Co z tego, że za oknem hula wiatr, a śnieg sięga ponad kostkę? Takie drobne niedogodności nie powinny mieć znaczenia. Pozostaje mi mieć tylko nadzieję, że uda nam się umówić na spotkanie w najbliższym czasie, a w przyszłości spotykać się częściej niż raz na kilka miesięcy.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Przemyślenia

 

Jak (nie)dobrze mieć sąsiada

13 lut

Włączam rano radio, a tam Albiabki radośnie śpiewają o tym „jak dobrze mieć sąsiada”. Ciekawe stwierdzenie, bo dla mnie to, że sąsiedzi okażą się ludźmi, z którymi będzie można spokojnie porozmawiać, a nie tylko wymieniać kurtuazyjne „dzień dobry”, o ile i te dwa słowa przejdą im przez gardło, to jak wygrana na loterii.

Jak na razie moje doświadczenia z sąsiadami nie należą do najbardziej udanych. Przykład pierwszy – studentka akademii muzycznej. Wyobraźcie sobie, że po całym dniu spotkań wracacie po pracy do domu i jedyne o czym marzycie to, gorąca kąpiel i zagnieżdżenie się na kanapie przed telewizorem. Banalne. O ile kąpiel jeszcze udało mi się wziąć w ciszy to oglądanie filmu nie poszło już tak łatwo. Do moich uszu nagle zaczęły dobiegać dźwięki akordeonu. W pierwszym odruchu podeszłam do okna, bo pomyślałam, że to znów uliczny grajek wszedł na podwórze. To jednak okazało się być puste. Dotarło do mnie, że dźwięk dobiega z mieszkania nade mną. Ok. jakoś to zniosę – pomyślałam, nie słyszałam tego wcześniej, więc doszłam do wniosku, że sąsiedzi mają gości. Przełączyłam się na słuchawki, i jakoś przecierpiałam. Granie ucichło przed 22. Następnego dnia sytuacja się powtórzyła. Po kilku dniach takiego grania, czułam się tak, jakby akordeonista zamieszkał ze mną w salonie. Cudownie. W sobotę granie trwało nieprzerwanie od rana do nocy. Tego już było za wiele. Wybrałam się do sąsiadów z pytaniem „o co chodzi?”. W odpowiedzi dowiedziałam się tylko tyle, że córka dostała się na akademię muzyczną – akordeon, i że musi ćwiczyć. Ćwiczyć tym bardziej intensywnie, że wybiera się na konkurs, a jest jedną z najzdolniejszych na roku więc nie może zmarnować tej szansy. Po pytaniu „to czemu nie ćwiczy na akademii, jak jest taka zdolna” wyprosili mnie za drzwi. Podczas następnego domowego koncertu, znów poszłam na górę i zapytałam, czy chociaż może grać krócej, rozumiem, cisza nocna zaczyna się później, ale ja chcę odpocząć, a w tych warunkach się nie da. Gdyby chcieli sprawdzić jak to wygląda z mojej perspektywy, to zapraszam. Przez kolejny tydzień był spokój. Później znowu wróciliśmy do punktu wyjścia. A przy kolejnej wizycie u sąsiadów dowiedziałam się już tylko, że są u siebie więc mają prawo robić co im się podoba. Tego już było za wiele. Następnym razem, kiedy znów zaczęła grać po prostu zadzwoniłam po policję. Przyjechali, zapukali do sąsiadów i nastała cisza. Pierwszy raz od dłuższego czasu. Niestety kiedy tylko zniknęli, to sąsiad zapukał do moich drzwi. Miał pretensję o to, że chcę zniszczyć życie ich córki, jak śmiałam nasyłać na nich policję. Tłumaczenie, że załatwienie z nimi sprawy po dobroci nie przyniosło rezultatu i sami są sobie winni, nic nie dało, więc po prostu zamknęłam drzwi. Po dwóch kolejnych wizytach policji wreszcie nastała tak wyczekiwana przez mnie cisza. Jak się później okazało, zakończenie akordeonowych koncertów ucieszyło nie tylko mnie, ale także co dziwne, babcię przyszłej artystki, która mieszkała razem z nią.

Przykład drugi – rodzina 2 + 2. Na pierwszy rzut oka całkiem mili ludzie. Mama, tata i dwóch synków w wieku 7 i 5 lat. Zawsze uśmiechnięci, pomagający sobie nawzajem, grzeczni i kulturalni. Takich widywałam ich kiedy mijali mnie na korytarzu. Wystarczył mi jednak raz kiedy ich nie widziałam, albo raczej to oni nie widzieli mnie. Zaczęło się od krótkiego „ty gnoju”. A skończyło na „weź się ode mnie odpier…”. W pierwszym odruchu pomyślałam, że to żona kłóci się ze swoim mężem. Ale nie. To były słowa, które matka wypowiedziała do swojego 7-letniego syna. Sądząc po płaczu dziecka, który usłyszałam później na słowach się nie skończyło. Tak oto prysł czar uroczej i szczęśliwej rodziny. Od tamtej pory nie mogę już myśleć o nich inaczej, niż przez pryzmat tego zdarzenia. Jak bowiem dorosła osoba, matka, może odzywać się w ten sposób do własnego dziecka. Jej zachowanie utwierdziło mnie tylko w przekonaniu, że nie wszyscy powinni mieć dzieci. A jeżeli już je mają, to powinni lepiej kontrolować swoje emocje. Za kilka lat, kiedy ten chłopiec dorośnie, w ten sam sposób może potraktować swoich rodziców. I wcale nie będę mu się dziwić.

Przykład trzeci – płoty na osiedlach. Nie mam tu na myśli siatkowych ogrodzeń, które często otaczają ogródki przy mieszkaniach na parterach, ale regularne płoty z bliżej niezidentyfikowanego materiału, które szpecą wspólną przestrzeń. Jak można bowiem nazwać dobrym sąsiadem kogoś, kto zaraz po zakupie mieszkania odgradza się od wszystkich ponad 2. metrowym brązowym lub zielonym paskudztwem. Płot taki stoi od strony podwórza w moim budynku. Postawiony został w takim tempie, że tusz na umowie kupna-sprzedaży zdarzył ledwie podeschnąć, a właściciel nie miał nawet czasu zapoznać się z regulaminem. Zgodnie z nim bowiem, stawianie płotów jest zakazane. Jak na razie jednak, dziwaczna konstrukcja stoi dalej, mimo wezwania do jej demontażu. Żeby było śmieszniej, mieszkanie stoi puste, więc płot nie ma nawet czego zasłaniać. Razem z innymi sąsiadami doszliśmy do wniosku, że ten ktoś pewnie zamierza założyć hodowlę kur lub kaczek, i już zawczasu ogranicza możliwe drogi ucieczki.

Takie przykłady można mnożyć, bo zawsze znajdzie się ktoś, kto nie dorósł do tego by funkcjonować w większej społeczności, i komu zależy tylko na tym, żeby to właśnie jemu było dobrze. A ogół co najwyżej może się do niego dostosować. Wielka szkoda.

 
 

Lubię swoją samotność więc pozwólcie mi się nią cieszyć

12 lut

Tak pięknej pogody jaką mamy dzisiaj za oknem nie można zmarnować. Z tego właśnie powodu po porannym spacerze z Sorbetem postanowiłam wybrać się na samotną wędrówkę, zakończoną w jednej z kawiarni w zabytkowej części miasta. Kawa miło rozgrzewa, a gorąca szarlotka z porcją lodów waniliowych rozpieszcza moje podniebienie. Do pełni szczęścia brakuje mi tylko mojego ukochanego mężczyzny. Niestety w najbliższym czasie nie mam co liczyć na spotkanie twarzą w twarz, ale od czego jest Internet. Tak jak każdego innego dnia połączymy się później poprzez chat i spędzimy kilka godzin opowiadają o tym jak minął nasz dzień.

Ale nie o tym chciałam napisać. W weekendy kiedy mam więcej wolnego czasu staram się wyjść z domu na dłuższy spacer – nie koniecznie z psem, do kina, teatru czy tak po jak dzisiaj na kawę. I wiece co? Samotna kobieta spędzająca w ten sposób czas przykuwa uwagę – mam tu głównie na myśli mężczyzn, i to także tych, którzy w tym samym miejscu co ja, przebywają w towarzystwie kobiet, dziewczyn, narzeczonych czy żon. Jedyne co przychodzi mi wtedy na myśl to, to że bardzo im współczuje. Dajmy na to wczoraj. Siedzę sobie spokojnie czytając książkę i od czasu do czasu popijając moje latte, i nagle czuję na sobie czyjeś uporczywe spojrzenie. Pewnie znacie to uczucie, ja sama nie wiem jak to działa, ale zawsze wiem, kiedy ktoś się na mnie patrzy. Przerywam lekturę i podnoszę wzrok. Mężczyzna patrzy się na mnie nadal. Myślę sobie „to pewnie przez książkę, którą czytam”, z doświadczenia wiem, że czytanie książek o Stalinie czy Hitlerze w miejscach publicznych tak działa. „Jak chcesz się gapić to gap się dalej, niech ci będzie” – dodaję w myślach i czytam dalej. Od czasu do czasu mężczyzna znów na mnie zerka. Siedzę sama już z dobrą godzinę, więc pewnie zorientował się, że na nikogo nie czekam. Kiedy kobieta wychodzi do łazienki, mężczyzna wstał i zaczął iść w moją stronę. „O nie, następny chętny do zawarcia znajomości”. Szybko sięgam po telefon, wybieram numer narzeczonego, i kiedy odbiera, mówię radośnie i wystarczająco głośno „cześć kochanie”. Ok. to powinno trochę ostudzić jego zapały, ale na wszelki wypadek po zakończeniu rozmowy zbieram swoje rzeczy i wychodzę. Nie przepadam za takimi sytuacjami.

Innym sposobem, jaki stosują mężczyźni ale głównie Ci, którzy tak jak ja siedzą w kawiarni sami, jest pytanie mnie o to, czy nazywam się, dajmy na to Anna Kowalska. Odpowiadam zgodnie z prawdą, że nie, a wtedy słyszę dalszy ciąg historii o tym, że umówił się z dziewczyną, ale nie wie jak ona wygląda, itd. Zawsze zastanawiam się wówczas, jakiej reakcji ode mnie oczekują. Tego, że się ucieszę, bo zwrócił na mnie uwagę? Czy może zachęty do tego, aby się do mnie dosiadł? Niedoczekanie. Grzecznie życzę takiemu osobnikowi powodzenia przy kolejnej próbie i wracam do przerwanego zajęcia.

O biedni mężczyźni Uśmiech

W takich sytuacjach przypomina mi się wydarzenie, jakie miało miejsce podczas mojej studniówki. Bartek, kolega z klasy , który aż nadto starał się udawać brak zainteresowania wobec mojej osoby, trzymając na kolanach swoją dziewczynę, wpatrywał się we mnie tak intensywnie, że ledwo udało mi się powstrzymać mojego, wtedy chłopaka, a obecnie narzeczonego przed załatwieniem sprawy po męsku. Żal mi było nie tyle samego Bartka, co jego dziewczyny. Od tamtej pory wyjątkowo jestem wyczulona na podobne sytuacje. A jak mówi mój narzeczony, „faceci tak mają, to instynkt łowiecki”. Świetnie, dla mnie każdy z nich, znajomy czy nieznajomy może być sobie nawet Robin Hoodem, ale ja nie jestem zwierzyną.

Kawiarnia, czy samotny spacer to jednak „małe piwo przed śniadaniem”. Najgorsze są chyba wyjście do kina. Wśród kłębowiska par, zawsze znajdzie się ktoś, kto uzna za stosowne to, aby się mną „zająć”. Kochanie właśnie dlatego, bez Ciebie kino nie stanowi dla mnie żadnej atrakcji – wiem, że to czytasz. W kinie zawsze staram się siadać jak najwyżej. Niestety większość miejsc jest tam zajęta przez pary, ale zawsze znajdzie się jedno wolne miejsce, które mogę zająć. Na moje nieszczęście stanowi ono zwykle bufor, między miejscami zajętymi przez pary lub większe grupy znajomych. W ciemności jak wiadomo niewiele widać, więc taki osobnik, który zainteresuje się moją osobą, gapi się dowoli. Co śmielszy i taki bez kobiety przy boku – zagada, a inny będzie się tylko dalej wpatrywał. Podstawowa zasada, nie stawiać niczego na podłodze, nawet kubka z popcornem, nie trzeba się później po niego schylać. Zwykle po takiej wizycie w kinie pozostaje mi niesmak i uczucie wbijanych w plecy noży, dobrze, że wzrokiem nie można zabić. Niestety na takie zachowanie ze strony obcych mi mężczyzn nie mam wpływu. Nie mam też wpływu na zachowanie mężczyzn, których znam, a którzy po prostu lubią moje towarzystwo.

Bardzo lubię i cenie sobie moją samotność. Dlatego też, tak jak teraz zamierzam wypić kolejną kawę i znów zagłębić się w lekturze, ciesząc się promieniami słońca, które wpadają przez okno. A panów proszę o jedno, nie zakłócajcie mojego spokoju a swoją uwagę skierujcie w stronę waszych partnerek.