Nie wiem komu mam za to dziękować, ale od kilku dni walczę z paskudnym przeziębieniem. Nie wiem czy jest to efekt pogody, klimatyzacji, czy raczej tego, że kolega siedzący ze mną biurko w biurko, zanim poszedł na zwolnienie wypluwał płuca przez dobry tydzień.
Ale nic, mówi się trudno i żyje się dalej. Przeleżany w łóżku weekend pozwolił mi zaobserwować ciekawy zwyczaj moich sąsiadów. Ciekawy, to delikatne słowo, bo w dłuższym przedziale czasu jest on po prostu irytujący. Nie ma to bowiem, jak wystawać ze znajomymi na korytarzu przed drzwiami do mieszkania. Wiem, „mój dom, jest moim zamkiem”, jednak żeby nie wpuszczać do mieszkania osób, które znamy to dość żenujące.
I tak oto zebranie „kółka wzajemnej adoracji” zaczęło się już o poranku. Gdyby nie Sorbet i jego szczekanie pod drzwiami wejściowymi pewnie nawet nie zwróciłabym na to uwagi, tak jednak, biedak na bieżąco informował mnie o tym, że ktoś się kręci, a on nie wie co się dziej. Zerknęłam zatem na korytarz i zobaczyłam, że kilka osób dzwoni do drzwi sąsiada. Normalna rzecz, poklepałam Sorbeta po plecach, i poszłam się położyć. Po kilku minutach, znowu zaczął szczekać. Ból głowy spowodował, że miała niską tolerancję na hałas, w tym szczekanie, więc znów poczłapałam do drzwi. Towarzystwo stało dalej, powiększyło się tylko o jedną z latorośli moich sąsiadów. „Skoro wszyscy są w kurtkach, to pewnie zaraz sobie pójdą” – przemknęło mi przez myśl. Zgarnęłam Sorbeta za fałdki i razem z nim wróciłam do sypialni. Żeby odizolować go bardziej od korytarza zamknęłam drzwi od pokoju. Wślizgnęłam się pod kołdrę i już prawie udało mi się zasnąć, kiedy poczułam że mnie szturcha łapą w bok. „No czego chcesz tym razem. Masz pełną miskę, byłeś na dworze, pani chce spać. Spadaj. Coś się uwziął” – wyrzuciłam zachrypniętym głosem i nakryłam się po same uszy. Nie chciałam po dobroci, no to zaczął szczekać. „Rewelacja. Dobraw wstaje”. Tak niestety już ma, jeżeli według niego coś jest nie tak, to zrobi wszystko, żeby o tym poinformować. Wstałam, narzuciłam na siebie sweter i poszłam sprawdzić co znowu się dzieje. Oczywiście od razu podbiegł do drzwi. Spojrzałam przez wizjer, a tam ciągle ten sam obraz. Grupka osób, w tym jedna wygodnie oparta o drzwi od mojego mieszkania. „A to o to ci chodziło. Dobry piesek”. Założyłam na siebie szybko parę jeansów i bluzę z kapturem, a kaptur na głowę – w takim stanie im mniej widać tym lepiej, a na nogi wciągnęłam buty. Szybkim ruchem otworzyłam drzwi. Nieznany mi bliżej osobnik prawie wylądował w moim przedpokoju. Wyraz jego twarzy – bezcenny. Sorbet stanął obok mnie – mimo, że jest młody, to jak chce potrafi przyjąć groźną pozę. „Słuchajcie, jak chcecie sobie pogadać to albo zabierz znajomych do mieszkania, albo idźcie gdzieś. Pomijam to, że stercząc tu jak kołki drażnicie mi psa, ale przegięliście już tym, że z moich drzwi robicie sobie podpórkę. Mam dzisiaj niską tolerancję na cokolwiek, a na wasz to już w ogóle” – i zamknęłam drzwi. „No to ładnie, wyszłam na ostatnią wiedźmę, ale mam do w głębokim poważaniu”. Tymczasem oni trochę poszurali, i wyszli. „Łóżeczko witaj ponownie”.
Jeszcze nie tak dawno sama byłam w ich wieku, ale nigdy nie przyszło mi na myśl, żeby wysiadywać z kimkolwiek na klatce schodowej. Po to miałam swój pokój, żeby tam przyjmować gości kiedy była paskudna pogoda i nie chciało się wystawić nosa za drzwi, albo wychodziło się gdzieś, gdzie można było spokojnie posiedzieć i pogadać. Za takie wystawanie na klatce schodowej w domu czekałaby na mnie niezła bura, ale jak widać co dom to inne wychowanie.
